Zapiski ateisty o prawicowym skrzywieniu



Dolina Rospudy - w obronie autostrady
Gadu-Gadu



Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Ciekawostki | Dowcipasy | Wydarzenia | Życie codzienne
RSS
poniedziałek, 29 maja 2006
Jakoś się kula...
Dawno nie było mnie na tym blogu. A przez ten czas wiele się wydarzyło. Barcelona zdobyła puchar mistrzów, Janas podał skład polskiej reprezentacji na Weltmeisterschaft, do Polski przyjechał Benedykt. Z takich codziennych spraw natomist: byliśmy z Asią u pani alergolog. Wszyło na to, że Asia ma atopowe zapalenie skóry. Dziadek strasznie się tym przejął i od tamtej pory sypie radami. W sumie nic w tym złego, bo robi to przecież w dobrej wierze. Chce jak najlepiej dla swojej wnusi. Byłem w przychodni po recepte (na nutramigen). Przy pierwszej wizycie pani doktor powiedziała, że nie ma problemu. Proszę się zgłosić do rejestracji i tam wszystko załatwię. Rzeczywistość okazała się całkiem inna. Pani pielęgniarka oczywiście pomoże, ale robi przysługę i każe sobie czekać. No cóż - państwowa służba zdrowia. Z Kubą dogadujemy ostatnie sprawy związane z moim wyjazdem do Niemiec. Brat umieścił na jakiejś stronie ogłoszenie, że jadę do Niemiec. Zgłosiła się jakaś opolanka. A przedwczoraj zadzwonił jakiś... Niemiec. Niestety musiałem mu odmówić. Wczoraj zaczęła się dal mnie podróż, której celem są Niemcy. Z Jastrzębia do Tarnobrzega jest 275 km. Teraz trochę przerwy, a w tygodniu jazda do: Kielc, później Chańcza, następnie Konin. Na końcu Jastrzębie i... Erlangen! Już nie mogę się doczekać! Mogliby przesunąć początek mistrzostw! :-)
wtorek, 16 maja 2006
Miedź, srebrne BMW, kuchenka i dziennikarze-idioci
W sobote odbylł się bardzo ważny mecz z udziałem jastrzębian. Niestety, nasi piłkarze nie dali rady zawodnikom Miedzi Legnica i po raz drugi w tym sezonie przegrali z miedziową jedenastką.
Ania (moja siostra) dostała jednorazową propozycję z PGNiG na wyjazd do Niemiec na cztery dni. Ma tam uczestniczyć w rozmowach biznesowych jako tłumaczka. Zresztą propozycja ta padła dosyć niespodziewanie. Jeszcze w sobotę po południu rozmawiałem z moją siostrą na gg. Dowiedziałem się, że organizuje parapetówę. Wyskoczyła do sklepu po jakieś "procenty" i tyle ją widziałem. Na drugi dzień (czyli w niedzielę) dowiedziałem się od mamy, że Ania pojecała do Niemiec. Że niespodziewanie dostała propozycję. Mamuśka zaczęła wysnuwać czarne wizje. A to, że Anię do domu publicznego wywiozą, a to że zgwałcą itp. Do tego doszła informacja radiowa, że jakieś BMW zderzyło się czołowo z TIRem i że wszyscy z BMW zginęli. Ja już sobie wyobrażam co się działo u Mamuśki. Panika na maxa, albo jeszcze bardziej. Dlaczego panika? Otóż Ania jechała do Niemiec srebrnym BMW! Oczywiście to wszystko okazało się czarnowidztwem.
Z Kubą zaczęliśmy uzgadniać szczegóły mojego wyjazdu na nasze pierwsze mistrzostwa. Kuba chce mój wyjazd wykorzystać do tego, by mu co nieco przywieżć z Polski. Już wstępną listę mam. A na niej... dwa stoły, rower. No i mam się zorientować ile mała kuchenka elektryczna kosztuje. Trochę to dziwne zważywszy, że Media Markt jest niemiecką siecią :P
Dzisiaj była straszna burza. Pierwsza w życiu jaką Asia przeżyła. Ostatnio Asia jest jakby bardziej niespokojna. Ale całe noce przesypia. A to w sumie dobrze.
Na koniec nie byłbym sobą gdybym nie napisał o ostatnich wydarzeniach w Warszawie. Bardzo się cieszę, że w końcu Wisła nie zdobyła mistrzostwa kraju, ale radość ta została przyćmiona bandyckimi rozróbami z udziałem bandytów stadionowych. W ogóle zastanawiam się jak wszyscy dookoła mogą mówić, że to kibice. To, że jeden z drugim założył szalik i poszedł na mecz nie czyni go jeszcze kibicem. Takie nazewnictwo to obraza prawdziwych kibiców, w tym mnie. I bardzo mnie wkurzają wypowiedzi niektórych, że na stadiony chodzi bezmózgie bydło. Ja nigdy w żadnej rozróbie nie uczestniczyłem. Raz zostałem pobity przez policjantów jak się później okazało bezpodstawnie. Za normalnego człowieka się uważam i nim jestem. A to, że chodzę na stadion już czyni ze mnie przestępcę? Dobra. Trochę się uniosłem, ale wracając do sobotnio-niedzielnych zajść. Komendant policji, szef MSWiA jednomyślnie twierdzą, że policja dobrze i w odpowiednim momencie zadziałała. A ja się pytam: na czym to dobre działanie i ten odpowiedni moment polegał? Najpierw pozwolono zniszczyć starówkę, a później dopiero policja zaczęła pałować to towarzystwo? To są jakieś kpiny. To tak jakby lekarzowi w miarę zdrowy pacjent zmarł na stole, a przełożeni lekarza upierali się, że ów lekarz dobrze zadziałał. Aż dziw bierze, że ludzie w te bzdury wierzą.
piątek, 12 maja 2006
Telefon komórkowy
Z cyklu: "Nagrody Darwina":

Pewien prawnik został wypisany ze szpitala po usunięciu telefonu komórkowego z odbytu.
"Moj pies roznosi różne rzeczy po całym domu. Musiał widocznie zanieść telefon do kabiny prysznicowej. Poslizgnąłem się na kafelku, potknąłem się o psa i usiadłem na telefonie".
Usunięcie było o tyle trudne (trwało ponad 3 godziny), że wewnątrz ciała prawnika telefon sie otworzył.
- Podczas zabiegu pacjent trzymał się naprawdę bohatersko - mówił po zabiegu lekarz - Właściciel telefonu cały czas opowiadał dowcipy i wygladało na to, że jest nawet zadowolony. Trzy razy podczas zabiegu dzwonił telefon i za każdym razem pacjent żartował, aż się pokładaliśmy ze śmiechu"

środa, 10 maja 2006
Po wizycie u Pani Doktor.
Wczoraj Asia była z wizytą u Pani Doktor. Niby wszystko OK (no może poza tym, że Asia musi teraz pić mleko dla alergików), ale od wczoraj robi niezłą awanturę podczas kąpieli. A dzisiaj ta "awantura" trwała i po.
nieszczęśliwa Asia
poniedziałek, 08 maja 2006
Mecz w Opolu, problemy z pozwoleniem i polsko-niemiecka solidarność urzędnicza...
Przedwczoraj miałem niezłą przygodę. Kolega namówił mnie na wyjazd do Opola na mecz na szczycie trzeciej ligi śląskiej. Przyznać trzeba, że nie musiał mnie długo namawiać. Chętnie sam bym pojechał. A tak to przynajmniej było z kim po drodze pogadać. Jak zwykle gadaliśmy o głupotach. Jak to często bywa z pewnym obywatelem Bułgarii. :)
Wyjazd ten był reklamowany jako wyjazd do Niemiec. Co niezmiernie zszokowało mojego brata. Sprawa szybko się wyjaśniła, że chodzi li tylko o Opole.
Podróż odbywaliśmy autokarem. W stronę Opola były tylko dwa postoje. Pierwszy - wymuszony. Wiele osób miało poważne problemy z pęcherzem. Zresztą czemu się dziwić skoro wypili po kilka piw, a postoju nie było żadnego? Na całe szczęście miałem puste puszki i... uchylone okno. Inaczej byłoby kiepsko. Na rogatkach Opola eskortujący nas policjanci zrobili nam przymusowy postój. Chodziło o to byśmy jak najpóźniej przyjechali na stadion Odry. W ten sposób skutecznie zapobieżono niepotrzebnych scysji pomiędzy kibicami. Gdy już udało nam się dotrzeć na stadion miałem nieźle w czubie. Na tyle byłem mało świadomy, że po straconej w 19 minucie przez Jastrzębie bramce... usnąłem. Spałem aż do przerwy. W drugiej połowie nasi zawodnicy cisnęli. Wycisnęli tylko jednego gola. A to wystarczyło do utrzymania pierwszego miejsca w tabeli, jako, że trzeci kandydat do awansu - Miedź Legnica - również zremisował swój mecz (z Rozwojem). Doping był niezły, choć mógłby być lepszy. Po strzelonej przez Miąskę bramce wybuchła wielka radość zakłócona przez... gaz łzawiący. Puszczony w celach prewencyjnych. Nikt nie miał ochoty na awantury stadionowe. Zresztą nie pamiętam kiedy na stadionie była jakaś awantura.
Po zakończonym meczu czas na powrót. Jeśli ktoś myślał, że konwojujący nas policjanci zrobią nam więcej postojów, był w błędzie. Tym razem nikogo nic nie cisło. Ale wszystkim (albo prawie wszystkim) chciało się pić. Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji w Raciborzu. To był prawdziwy najazd. Nikt nic nie ukradł, wszyscy grzecznie kupowali. A było nas z 300 chłopa. Właściciel stacji musiał być mile zaskoczony dodatkowym zarobkiem... :-)
W domu byliśmy przed północą. Ogólnie wyjazd udany.

Brat w związku z podjęciem pracy w Siemensie miał do rozwiązania parę problemów. Między innymi lokalowy. Oddaję mu głos (zapis jego gadulcowego monologu):
Byłem się zameldować dzisiaj. Stary cyrk na kółkach (kurwa zdobywam adres do prezydenta Erlangen i sie tam zamelduję. Stary do meldunku nic nie chcą poza paszportem lub dowodem osobistym). Później jak próbowałem zdobyć na piśmie, że mogę pracować. Urzędasy tłumaczą: "to nie my", "proszę na 4 piętro". Na 4 piętrze: "skądże to nie my, to 7 piętro". Na 7 piętrze: "Uuuu ktoś Pana w błąd wprowadził to jest w UP na jakiejś tam ulicy". Pytam więc gdzie ta ulica. "A to proszę na parterze pytać". W koncu znalazłem UP, a tam dają mi papierek do wypełnienia i oczywiscie oni nie wiedzą jak go wypełnić bo to... Norymberga za to odpowiada... Już wkurwiony lekko pytam: "A co Pani może mi tu pomóc?". Ona zdziwko! Jak śmiem się do niej tak odzywać. Wkurzony jak nie wiem poszedłem do Siemensa a tam...wszystko jasne. Wizyta w jednym pokoju, stamtąd z kobietą poszedłem do drugiego pokoju, powiedziała co i jak, podzwonili trochę i wszystko załatwione.
Czy czegos to nie przypomina? Okazuje się, że nie tylko polscy urzędnicy bywają upierdliwi i nie tylko polscy urzędnicy nic nie wiedzą o wykonywanej przez siebie pracy. W ogóle pobieranie ode mnie podatków na utrzymanie tych darmozjadów jest czystym złodziejstwem. Tyle, że legalnym...

sobota, 06 maja 2006
Garść dowcipów (16)
Pierwszy rok na Akademii Medycznej. Profesor kończy wykład i zadaje studentom pracę domową:
- Proszę państwa jutro zajmiemy się badaniem kału. Proszę wziąć słoiczki i niech każdy z państwa je wypełni odpowiednią zawartością. Następnego dnia studenci przychodzą na wykład z kałem w słoikach. Niestety jeden gość zapomniał. Biedny bał się ochrzanu od profesora, więc szybko pobiegł do toalety i narobił do słoika. Przychodzi zadowolony na salę wykładową i siada na miejscu. Profesor zaczyna sprawdzać czy każdy przyniósł wypełniony słoik. Podchodzi w końcu do zapominalskiego studenta i patrzy na słoik, który jest cały zaparowany, gdyż zawartość jeszcze nie zdążyła ostygnąć. Pyta się go:
- Proszę pana a co to jest?
- No jak to co panie profesorze to jest moja praca domowa.
- O nie, nie mój drogi to jest zerżnięte na przerwie.

Rozmawiają trzy żony nowych ruskich:
- Ale tragedia mnie spotkała: mówiłam mężowi, żeby mi kupił nowe futro, tylko nie szare, a ten debil kupił mi szare, bo jemu się takie podobają. Mam 30 szarych futer, wstyd się pokazać na ulicy.
- U mnie jest gorzej, mąż kupił mi piątego mercedesa i znów białego, wstyd gdziekolwiek pojechać, praktycznie cały czas siedzę w domu.
- To jeszcze nic, mój mąż kupił czwarty zamek na wybrzeżu, wyobraźcie sobie taki piękny widok na morze, a w tym zamku połowa okien wychodzi na ląd! I jak ja mam tam mieszkać?
Chwila smutku zapanowała wśród kobiet, spuściły wzrok, po czym jedna podsumowała:
- Tak, drogie panie, jak my w gównie urodzone tak w gównie pomrzemy.

Kowalska zabawia się z kochankiem, nagle wpada jej mąż. Kowalska patrzy to na męża, to na kochanka (oba rosłe chłopy), w końcu mówi:
- Poznajcie się. To jest mój mąż Franek, a to jest pan Robert, wy tu sobie porozmawiajcie, a ja dzwonię po karetkę.

Jan jest wielkim fanatykiem boksu, a właśnie dziś odbędzie się walka o Mistrzostwo Wszechwag.
60 min do rozpoczęcia walki... Jan wychodzi z pracy
50 min ... w sklepie kupuje 4 puszki piwa i paczkę chipsów
30 min ... piwo w lodówce
5 min ... Jan siedzi w fotelu przed telewizorem, w jednej ręce otwarte, zimne piwo, w drugiej otwarta paczka ulubionych chipsów...
rozpoczyna się walka... nagle, w 28 sek. nokaut!! Koniec pojedynku! Jan nie może w to uwierzyć, siedzi z otwartymi ustami, pustym wzrokiem spogląda w ekran, piwo schłodzone upada na ziemię. Nagle Jan spostrzega za sobą, stojąca jego żonę. Maria oparta o futrynę z założonymi rękami mówi:
- Może teraz w końcu mnie zrozumiesz.....

[Al Bundy]:
Al z Peg siedzą na tapczanie. Peg robi test z gazety. Mówi do Ala:
- Pytanie pierwsze: z kim wolałbyś spędzić noc? "A" - z żoną...
- "B" - przerywa jej Al

Korzystając z pomocy lekarza - specjalisty od leczenia bezpłodności, pewna 65 letnia kobieta zachodzi w ciążę i rodzi zdrowe dziecko. Kiedy tylko wraca ze szpitala do domu, zwalają się wszyscy krewni i znajomi - celem zobaczenia nowego członka rodziny. Wchodzą i pytają się:
- Kiedy możemy zobaczyć dziecko?
- Jeszcze nie teraz - odpowiada świeżo upieczona matka.
Goście pytają się ponownie - odpowiedź jest ta sama. W końcu, zniecierpliwieni, zaczynają przekrzykiwać się:
- Kiedy wreszcie pokażesz nam to dziecko?
- Jak zacznie płakać. - odpowiada matka.
- Dlaczego dopiero jak zacznie płakać? - pytają goście.
- Bo nie pamiętam gdzie je zostawiłam.

Porucznik Rżewski trochę podpity zwraca się do Nataszy:
-Nataszeńka, u ciebie pierś jak kaloryfer!
-Co, tak ciepła?
-Nie, taka pofałdowana!
-CO?! W takim razie u pana, panie poruczniku ch.. jak angielski pociąg!
-Co, taki długi?
-Nie, stoi ledwie trzy minuty!

Trzy kobiety rozmawiają o sposobach na uniknięcie ciąży. Pierwsza mówi:

- "Moja religia nie pozwala mi używać jakichkolwiek metod". Następna przyznaje się do podobnej sytuacji, ale mówi że wierzy w tzw. "metodę kalendarzową". Trzecia kobieta mówi:
- A ja od lat skutecznie stosuję metodę wiaderka i spodeczków!
Pozostałe panie niezmiernie zaciekawione, proszą o bliższe wyjaśnienia.
- No cóż, jestem wysoka, mam 189 cm wzrostu. Mój mąż ma tylko 162 cm. Tuż przed stosunkiem stawiam wiaderko na podłodze, dnem do góry. Wchodzi na nie mąż i ... kochamy się na stojąco. Kiedy widzę, że jego oczy robią się wielkie jak spodki - szybko wykopuję wiaderko spod niego...

Młode małżeństwo, każdego dnia ona spędza co najmniej 2 godziny plotkując przez telefon z jedną ze swoich psiapsiółek. Pewnego razu rozmowa telefoniczna kończy się po dwudziestu minutach. Mąż, z niedowierzaniem oraz przekąsem stosownym, pyta:
- Co tak krótko? Coś ci się stało?
- Nie, Kochanie, to była pomyłka.

Pewnego człowieka życie zmusiło do emigracji zarobkowej. Wyjeżdżając zostawił żonę pod opieką najlepszego przyjaciela. Po kilku miesiącach nadszedł list od żony z prośba o...próbkę spermy męża. Nie dziwiąc się zanadto człowiek wysłał żonie spermę w kopercie. Wkrótce nadszedł list: ,,Jestem w ciąży". Po roku czasu znów nadeszła prośba o spermę, którą znowu skwapliwie spełnił. Rezultat był do przewidzenia - ,,Jestem w ciąży" - oznajmiała żona w kolejnym liście. Przez następne trzy lata sytuacja się powtarzała. Naszego bohatera, zmuszonego do wysyłania żonie środków na utrzymanie piątki pociech, przestała cieszyć wizja stale powiększającej się rodziny. Dlatego też gdy nadszedł kolejny list, w którym żona domagała się mężowego nasienia, wziął on białko z jajka, zmieszał ze śliną i odrobiną mleka i tak spreparowaną mieszankę posłał żonie. Nie na wiele się to zdało, gdyż już po tygodniu nadszedł list zawiadamiający o kolejnej ciąży małżonki. Mężczyzna nie posiadał się ze zdumienia:
- Niemożliwe, wynalazłem spermę!

- Czy macie we wsi czarnego konia? -pyta turysta
- Całkiem czarnego?
- Zupełnie.
- A to nie mamy.
- A niech to, proboszcza wam przejechałem.

Pan młody wchodzi do kościoła i zajmuje swoje miejsce tuż przy ołtarzu. Siedzący za nim drużba zauważa na jego twarzy ogromy uśmiech.
- Co się stało kolego? Wiem, że cieszysz się że zaraz weźmiesz ślub ale wyglądasz taki szczęśliwy i jakiś nawet podniecony...
Pan młody odpowiada:
- Jak tu nie być szczęśliwy...przed chwilą miałem najlepsze obciąganko w życiu, a zrobiła je kobieta, z którą zaraz się żenię.
Po chwili do kościoła wchodzi panna młoda uśmiechnięta i widocznie szczęśliwa.
- O co chodzi? Nie wiedziałam że tak bardzo się cieszysz z tego ślubu - pyta zdziwiona druhna.
- Jak tu się nie cieszyć.... właśnie przed chwilą zrobiłam ostatniego loda w życiu!

Wpada facet do sklepu muzycznego.
-Czy są płyty Tadeusza Chyły?
-Nie ma.
-A były?
-Też nie ma.

Rosja... małe mieszkanie w centrum Moskwy. Przy stole siedzi trzech braci, właśnie przed chwila na stół matka podała trzy talerze gorącej zupy, wiadomo – obiad
Pierwszy brat: "Taaaaaa"
Drugi brat: "No właśnie...."
Trzeci brat: "To ja skoczę do tego sklepu"

Pewien misjonarz, spędził długie lata wśród dzikich w dżungli - uczył ich uprawy ziemi, samodzielności i samowystarczalności. Pewnego dnia przyszedł do niego list, w którym dowiaduje się, że ma wracać do domu. Przypomniał sobie, że zanim wróci, obiecał nauczyć wszystkich w wiosce cywilizowanego języka, tak by mogli porozumieć się z resztą świata. Wziął więc wodza na spacer po lesie; wskazał na drzewo i powiedział:
- To jest drzewo.
Wódz patrzy na drzewo i powoli powtarza:
- Drzewo.
Następnie pokazuje na skałę i mówi:
- To jest skała.
Wódz znowu posłusznie powtarza. Misjonarza ogarnia entuzjazm, że nauka tak łatwo idzie - nagle jednak słyszą obydwaj jakieś szamotanie w zaroślach. Gdy podchodzą, widzą parę z wioski uprawiającą żywiołowo seks. Misjonarz jest zmieszany i nie zastanawiając się, rzuca:
- Eeee... Rower... Jechać na rowerze!
Wódz patrzy chwilę na parę, wyjmuje swoją dmuchawę i zabija oboje. Misjonarz wścieka się - tyle lat wpajania w nich zasad cywilizowanego świata, dobroci dla bliźnich, a tu taki barbarzyński mord - jak wódz mógł ich tak bezlitośnie zabić? Wódz odpowiada krótko:
- Moja rower.

- Popatrz! Ale ekstra babka!
- Troje dzieci...
- Co ty, ona ma już troje dzieci?
- Nie ona. TY!

Gdy Marysia dowiedziała się, że jej dziadek umarł udała się prosto do babci by ją pocieszyć. Babcia opowiedziała jej, że dziadek dostał zawału serca podczas ich poranno-niedzielnego seksu. Słysząc to Marysia bardzo się wzburzyła i tak rzecze do babci:
- Babciu, przecież kiedy para staruszków będących grubo po 90 sypia ze sobą i uprawia seks to tylko kusi los. Prędzej czy później musiało się to tak skończyć!
- Moje dziecko, przed wieloma laty, gdy wraz z Twoim świętej pamięci dziadkiem zdaliśmy sobie sprawę z naszego podeszłego wieku odkryliśmy, że najlepsza pora na pieszczoty zaczyna się dokładnie wtedy, gdy dzwony kościelne zaczynają grać. To był bardzo dobry rytm: wolno i przyjemnie, nie za męcząco, na "Ding" włóż, na "Dong" wyjmij...
Tu babcia musiała przerwać, otrzeć łzę po czym kontynuowała:
- ...I gdyby nie ten pie****ny samochód lodziarza ze swoim pojeb**ym sygnałem nie podjechał pod nasz blok to Twój dziadek dalej by żył!

Mówi blondynka do koleżanki:
- Wczoraj wchodzę do kuchni a mój mąż siedzi na taborecie i wali sobie konia!
- I co?! Zrobiłaś mu awanturę?
- Nie - zrobiłam mu laskę - lepiej umyć zęby niż podłogę...

Icek mówi do Kona:
- Wiesz co, Kon? Jakby twoja Salcie dała mi się raz klepnąć w goły tyłeczek, to ja kładę na stół tysiąc złotych.
Kon poszedł do Salcie i wraca.
- Icek, ona się zgadza, ale tylko raz.
No i kładzie się Salcie Ickowi na kolanach, wypina goły tyłek, a Icek głaszcze i głaszcze.
- No klepnij już! - ponagla Kon.
- O nie! Klepnąć kosztuje tysiąc złotych.

Icek z żoną Chaną w piękne sobotnie popołudnie wybierają się za miasto. Jest upał, więc siadają w cieniu rozłożystego drzewa. Nagle Chana zrywa się z krzykiem:
- Icek, gwałt!
- Co się stało?
- Mrówki mnie jedzą!
A Icek patrzy na swoją brzydką połowicę i mówi wzdychając:
- Aj, aj, aj! Do czegóż to głód może doprowadzić!

Pewna kobieta z dobrego domu zakochała się w żebraku, który zjawiał się u niej po jałmużnę.
- Ożenię się z tobą - oświadczył jej żebrak - ale stawiam warunek. Przez rok po naszym ślubie będziesz razem ze mną żebrała. Potem obiecuję ci znaleźć sobie inne zajęcie.
- Ale jakże ja mogę żebrać? - krzyknęła oblubienica - umrę ze wstydu, przecież mnie tu wszyscy znajdą w tym mieście.
- Nic nie szkodzi - powiedział narzeczony - pojedziemy do innego miasta, gdzie cię nikt nie zna.
Zawarli więc związek małżeński i przez cały rok chodzili od drzwi do drzwi prosząc o jałmużnę. Gdy minął rok, żebrak oświadczył żonie:
- Dziś o czwartej mija dokładnie pierwsza rocznica naszego ślubu.
Gdy wybiła czwarta, żebrak powiedział:
- Teraz minął termin naszej umowy. Kończymy z żebraniną raz na zawsze.
A ona na to:
- Dobrze, dobrze, ale najpierw skończmy te domy do rogu.

Muszkatenblit idzie Grzybkowską. Nagle ktoś go kopie z całej mocy w jedno z najczulszych miejsc męskiego ciała. Muszkatenblit odwraca się błyskawicznie i widzi przed sobą jakiegoś zupełnie obcego współwyznawcę, który mówi z zamieszaniem:
-Ja pana bardzo przepraszam, ale ja myślałem, że to jest Kohn z Ogrodowej...
-Co znaczy Kohn z Ogrodowej? A gdyby to był Kohn z Ogrodowej, to panu zaraz wolno kopać go?
-A co to pana właściwie obchodzi, dlaczego ja kopię Kohna z Ogrodowej?!

Spotyka się dwóch znajomych: kupiec i garbaty szewc.
Kupiec mówi:
- Słuchaj, mam taki wielki sekret, którego nikomu, ale to nikomu powiedziałem. Nikt o tym nie wie i nie może się dowiedzieć, ale Tobie ufam to powiem.
- ?
- Jestem Żydem.
- Sekret za sekret...
- ?
- Jestem garbaty...

piątek, 05 maja 2006
JEEEEEEST!
Dzisiaj przyszła długo wyczekiwana przesyłka. A w niej sześć biletów na zbliżające się mistrzostwa świata w piłce nożnej. Przywiózł ją kurier DHLu taką ogromniastą ciężarówką. Pewnie miał tam jeszcze ze 100 tysięcy biletów. :)
Wizyta u Pani Doktor
Wczoraj byliśmy z wizytą u pani doktor. U Asi na skórze wystąpiły jakieś zmiany. Trochę przypominają skórę mojego niemieckiego brata. Pani doktor stwierdziła, że to jakaś alergia i przypisała Asi hipoalergiczne mleko nutramigen. Mleko kosztuje 30 złotych, a na receptę, na której jest literka P jest zniżka. Pani doktor tej literki nie wpisała, a w aptece sprzedano nam lek po obniżonej cenie. Trochę to dziwne...

 
1 , 2