Zapiski ateisty o prawicowym skrzywieniu



Dolina Rospudy - w obronie autostrady
Gadu-Gadu



Blog > Komentarze do wpisu
Histora pewnej rewolucji
Stare opowiadanie Marka Twaina, który podobno dzisiaj uchodziłby za homofoba. I pewnie za wywrotowca. Zresztą przeczytajcie sami:

REWOLUCJA W PITCAIRN
Mark Twain

Mniej więcej sto lat temu załoga brytyjskiego statku „Bounty” zbuntowała się i wysadziwszy kapitana wraz z oficerami na pełnym morzu, zawładnęła okrętem, po czym pożeglowała na południe. Zdobywszy sobie kobiety Tahiti popłynęła w stronę bezludnych wysp położonych pośrodku Oceanu Spokojnego, noszących nazwę Pitcairn. Tam, zabrawszy ze statku wszystko, co tylko mogło się na coś przydać, marynarze zniszczyli go i osiedlili się na wybrzeżu.

Pitcairn leży tak daleko od wszystkich szlaków morskich, że często upływa kilka lat, zanim na widnokręgu ukaże się jakaś flaga. Wyspa ta uchodziła zawsze za niezamieszkałą, toteż w roku 1808, kiedy to pewien statek po raz pierwszy od długiego czasu zarzucił tam kotwicę, jego kapitan niezmiernie się zdziwił, gdy okazało się, że na wyspie są ludzie.
Między zbuntowanymi doszło do krwawych waśni, tak że po załatwieniu spraw zostało ich przy życiu tylko dwóch czy trzech, stało się to jednak dopiero po przyjściu na świat pewnej liczby dzieci. Tym sposobem ludność wyspy wynosiła w roku 1808 dwadzieścia siedem dusz. John Adams, głowa rokoszu, należał do liczby pozostałych przy życiu, przeżył też jeszcze niejeden rok jako wódz i patriarcha gminy. Z buntownika i mordercy stał się pobożnym chrześcijaninem i kaznodzieją, a jego mały ludek, złożony z dwudziestu siedmiu poddanych, był z całą pewnością jednym z najbardziej bogobojnych i najczystszych w całym chrześcijaństwie. Adams wywiesił był od dawna flagę Wielkiej Brytanii i ogłosił, że wyspa należy do korony brytyjskiej.

Dziś ludność wyspy liczy dziewięćdziesiąt osób: szesnastu mężczyzn, dziewiętnaście kobiet, dwudziestu pięciu chłopców i trzydzieści dziewcząt, wszystko potomstwo rokoszan, noszące ich rodowe imiona, wszyscy mówią językiem angielskim, wyłącznie angielskim.
Wyspa sterczy nad morzem stromo i wysoko. Długość jej wynosi około trzech czwartych mili angielskiej, szerokość zaś miejscami pół mili. Uprawne grunta poprzydzielano poszczególnym rodzinom, zgodnie z powziętym przed laty postanowieniem. Żyje tam trochę zwierząt: kóz, świń, drobiu, kotów, nie ma tylko psów i bydła. Jedyny kościół służy jednocześnie jako ratusz, szkoła i sala odczytowa. Przez dwie czy trzy generacje tytuł wielkorządcy brzmiał: „Naczelnik i Najwyższy Zarządca, Podwładny Jej Królewskiej Mości Królowej Wielkiej Brytanii”. Władza jego obejmowała ustanawianie praw i ich przestrzeganie. Urząd ten był obieralny. Każdy osobnik, który ukończył lat szesnaście, posiadał tu czynne prawo wyborcze bez względu na płeć.

Ludność trudniła się uprawą roli i rybołówstwem. Jedyną jej rozrywką była służba boża. Nie istniał tu handel ani pieniądze. Strój i sposób życia były nader pierwotne, prawa odznaczały się dziecięcą prostotą. Życie tych ludzi płynęło w głębokiej i odświętnej ciszy, z dala od zgiełku i trosk świata, w zupełnej niefrasobliwości i niewiedzy tego, co wstrząsa potężnymi mocarstwami, leżącymi z dala od bezkresnego oceanu.
Raz na trzy, cztery lata zawijał do ich brzegów statek przywożąc przedawnione już wieści o krwawych wojnach i straszliwych zarazach, o obalonych tronach i upadłych dynastiach, po czym zamieniwszy mydło i trochę odzieży na dostarczoną przez autochtonów żywność, odpływał zostawiając mieszkańców w ciszy ich pobożnego, sennego żywota.

Dnia 8 września zeszłego roku odwiedził wyspę Pitcairn admirał Harsey, naczelny dowódca brytyjskiej floty na Oceanie Spokojnym, i wyraził się o niej w następujący sposób w raporcie złożonym admiralicji:

„Mieszkańcy wysepki mają groch, rzepę, marchew, kapustę, nieco kukurydzy, ananasy, figi, pomarańcze, cytryny i orzechy kokosowe. Odzież dostają w zamian za żywność od przybijających statków. Na wyspie nie ma żadnych źródeł, jednakże raz na miesiąc pada deszcz, tak że wody mają na ogół pod dostatkiem, chociaż zdarzało im się niekiedy w poprzednich latach, że ucierpieli wskutek suszy. Napoje wyskokowe, poza celami leczniczymi, są tutaj nieznane, a pijanego człowieka nie widziano na wyspie nigdy.

Potrzeby mieszkańców wyspy najłatwiej poznać przy wymianie produktów spożywczych na przedmioty przywożone przez statki. Są to: flanela, jedwab, sukno, płótno, obuwie, grzebienie, mydło. Daje się tu odczuć brak map i tablic dla szkół, pożądane są również wszelkiego rodzaju narzędzia. Podarowałem im z naszych zapasów flagę angielską do wywieszenia przy witaniu statków oraz piłę, czemu Wasza Lordowska Mość nie odmówi zapewne swej aprobaty. Skoro wiadomość o ubóstwie tej małej, dalekiej kolonii dojdzie do uszu szczodrych mieszkańców Anglii, sądzę, że samotna osada nie będzie musiała czekać długo na wsparcie...

Służba boża odbywa się tutaj o godzinie wpół do jedenastej przed południem i o trzeciej po południu w budynku wzniesionym na ten cel przez Johna Adamsa, który odprawiał w nim nabożeństwa aż do samej śmierci, to jest do roku 1829. W nabożeństwach przestrzega się ściśle liturgii kościoła anglikańskiego. Pastorem został mr Szymon Young, którego ludność wielce poważa. Co środę przypada godzina czytania Biblii, na czym każdy może być obecny wedle swojej możności i woli. Podobnie w pierwszy piątek każdego miesiąca zbierają się wszyscy na wspólną modlitwę. Każda rodzina rozpoczyna i kończy dzień modlitwą. Przed każdym posiłkiem i po nim również odmawiana jest modlitwa. Religijność tych wyspiarzy wzbudzić musi wysokie poszanowanie. Przed ludem, dla którego najwyższą rozkoszą i radością jest modlitwa i śpiewanie psalmów, ludem pogodnym, pracowitym i wolnym od występków trapiących inne zbiorowiska ludzkie, przed takim ludem słusznie należy pochylić głowę.”

W tym miejscu jednak napotykamy w raporcie admirała zdanie, które wymknęło mu się zapewne niechcący spod pióra nie naprowadzając go wcale na myśl, aby miano zeń wysnuwać jakiekolwiek wnioski, a zwłaszcza przypuszczenie, że tkwić w nim mogą wróżby dziejowej tragedii. Zdanie to brzmi: „Niedawno zjawił się na wyspie obcy przybysz, Amerykanin, nabytek wątpliwej wartości.”

Wątpliwy, zaiste, nabytek! Kapitan Ormsby, przybiwszy do brzegów wyspy na statku „Hornet” w jakieś cztery miesiące po wizycie admirała, dowiedział się przy tej okazji wielu faktów, charakteryzujących owego Amerykanina więcej niż dostatecznie.
Spróbujmy odtworzyć je metodą chronologiczną i historyczną.
Nazwisko wymienionego wyżej Amerykanina brzmiało: Butterworth Stavely. Natychmiast po zaznajomieniu się ze wszystkimi wyspiarzami – a starczyło mu na to
oczywiście kilka dni – począł chwytać się wszelkich sztuczek, aby wkraść się w ich łaski. Zdobył też wnet nadzwyczajną powagę i popularność. Przede wszystkim porzucił zupełnie swój światowy sposób bycia i stał się człowiekiem na wskroś religijnym. Rozczytywał się ciągle w Biblii, modlił się, śpiewał psalmy lub w jakikolwiek inny sposób dostatecznie zwracający uwagę kołatał do nieba o łaskę, wszystko to czynił zaś z taką żarliwością i wytrwałością, że nikt nie był w stanie mu dorównać.
Skoro jednak tylko osądził, że nadeszła stosowna chwila, począł siać niezadowolenie w łonie małego narodu. Mianowicie od samego początku celem jego sprytnie ukrywanych zabiegów, zrazu oczywiście jak najskrupulatniej tajonym, było obalenie istniejącego reżimu. W tym celu stosował względem rozmaitych osób rozmaite środki. Wśród jednych siał ferment zwracając uwagę na krótkość niedzielnej służby bożej i twierdząc, że winno się jej poświęcać nie dwie, ale trzy godziny. Niektórzy uważali już tak od dawna, porozumieli się więc teraz, by przeprowadzić rzecz wspólnymi siłami. Kobietom zdołał wmówić, że w zbiorowych modlitwach przypada im nie dość wybitne miejsce, co powołało do życia drugą grupę malkontentów. Nie pogardzając w swoich machinacjach wywrotowych żadnym środkiem zwrócił uwagę również na nieletnie dzieci, aby rozniecić w ich niewinnych serduszkach przedwczesne niezadowolenie z tego powodu, że przez zbyt pobieżne nauki niedzielne traktowano rzekomo po macoszemu najmłodszą generację. Stąd trzecia grupa niezadowolonych.

Uważając się obecnie za głowę wszystkich tych trzech grup, za największego potentata na terenie gminy, osądził, że może ważyć się na nowy krok. Krokiem tym zaś było ni mniej, ni więcej, tylko postawienie w stan oskarżenia samego naczelnika gminy, Jamesa Russel Nickoy, męża o wybitnych zaletach umysłu i charakteru, przy tym zaś posiadacza znacznego majątku, obejmującego własny dom z salonem, trzy i pół akra dobrej ziemi i jedyną na wyspie łódź rybacką. Nieszczęście chciało, że skarga ta podniesiona została w dość stosownym czasie. Jednym z najstarszych i najważniejszych praw na wyspie było prawo nietykalności domowego ogniska. Cieszyło się ono wysokim poszanowaniem i uważane było za rękojmię wolności narodowej. Otóż zdarzyło się lat temu ze trzydzieści, iż przed sąd dostała się taka właśnie sprawa. Mianowicie: kura będąca własnością Elżbiety Young, podówczas pięćdziesięcioośmioletniej córki Johna Milla, jednego z buntowników załogi „Bounty”, wtargnęła pewnego czwartku miesiąca października na grunt należący do Christiana (dwudziestodziewięcioletniego wnuka Fletchera Christiana, także jednego z rokoszan), który to Christian rzeczoną kurę uśmiercił. Podług prawa wolno było Christianowi zatrzymać sobie zabitą kurę, względnie zwrócić ją właścicielce w zamian za odszkodowanie, równające się wysokości spustoszeń wyrządzonych przez intruza. Sąd wciągnął do protokołu, że Christian gotów jest zwrócić kurę Elżbiecie Young, przy czym jednak rości sobie prawo do odszkodowania za poniesione straty w formie jednego buszla zboża. Elżbiecie Young pretensja ta wydała się zbyt wygórowana, ponieważ zaś nie można było w żaden sposób przywieść powaśnionych stron do zgody, przeto sprawa Christiana znalazła się u sędziego. Przegrawszy o tyle, że przysądzono mu tylko pół miary, Christian apelował. Proces wlókł się lata, przechodząc przez różne instancje, które łagodziły coraz bardziej wyrok. Na koniec sprawa dostała się przed najwyższy trybunał, gdzie leżała lat dwadzieścia nie mogąc doczekać się rozstrzygnięcia. Zeszłego roku zapadła wreszcie ostateczna decyzja, przywracająca pierwotną moc wyrokowi sprzed lat trzydziestu, którą Christian przyjął obecnie z zupełnym zadowoleniem. Stavely jednak, który przysłuchiwał się rozprawie, szepnął do ucha Christianowi i jego prawnemu doradcy, aby dla samej tylko formalności, na dowód, że odnośne prawo rzeczywiście istnieje, zażądał okazania oryginału. Żądanie to wydało się trochę dziwaczne, ale ostatecznie uzasadnione, i trybunał, przychyliwszy się doń wyprawił posłańca do magistratu z poleceniem przyniesienia manuskryptu. Atoli wysłany wrócił z niczym, oświadczając, że rękopis owej ustawy zginął z archiwum bez śladu. Wobec czego trybunał widział się zmuszony unieważnić ostatnią swoją uchwałę, jako opartą na nieistniejącym prawie.

Powstało ogromne wzburzenie. Po całej wyspie gruchnęła wieść, że przepadła rękojmia wolności. Mówiono, że została zniszczona zdradzieckim sposobem. Nie upłynęło pół godziny, a cały ludek zgromadził się w sali sądowej, to znaczy w kościele. Za sprawą Stavely’ego wniesiono skargę przeciwko głowie gminy. Ten z całą godnością swego urzędu stawił czoło dopustowi losu. Nie spierał się ani tłumaczył, oznajmił tylko krótko i węzłowato swym oskarżycielom, że nie miał nic do czynienia z zaginionym rękopisem ustawy, że trzymał akta archiwum państwowego w tej samej skrzyni, w której mieściło się ono od początku, krótko mówiąc, że nie ponosi winy w zaginięciu czy też zniszczeniu dokumentu.

Nic mu to jednak nie pomogło. Obwiniono go o zdradę stanu i złożono z urzędu; ponadto wszystkie jego dobra uległy konfiskacie.
Najbardziej idiotyczny w całej tej sprawie był argument użyty przeciwko niemu przez jego wrogów, którzy twierdzili, że zniszczył rozmyślnie owo pismo przemawiające na korzyść Christiana, ponieważ ten był jego kuzynem!... Tymczasem w całej kolonii jeden tylko Stavely nie był niczyim kuzynem, bo przecież wszyscy ludzie z Pitcairn byli potomkami zaledwie pół tuzina mężczyzn, których dzieci pożeniły się między sobą i dały życie wnukom rokoszan, które znowu zawierały związki pomiędzy sobą, tak że obecnie wszyscy bez wyjątku byli krewnymi. W ogóle panujące tam stosunki pokrewieństwa są w całym znaczeniu tego słowa osobliwe. I tak na przykład kiedy pewien cudzoziemiec zagadnął jednego z wyspiarzy:
– Mówi pan o tej młodej kobiecie jako o swojej kuzynce, tymczasem przed chwilą nazwał ją pan ciotką... – tamten objaśnił go:
– Sprawa ma się tak: ona jest moją ciotką, ale jednocześnie i moją kuzynką. Jest także moją przyrodnią siostrą, bratanicą, kuzynką czwartego stopnia, kuzynką trzydziestego trzeciego i dwudziestego siódmego stopnia, moją babką cioteczną, wdową po moim szwagrze, a w najbliższym tygodniu zostanie także moją żoną.
Oto dlaczego zarzut nepotyzmu uczyniony głowie gminy nie wytrzymał krytyki. Czy jednak był słuszny, czy niesłuszny – Stavely został następcą złożonego z urzędu dygnitarza. Pałając niepohamowaną żądzą reform wziął się oczywiście co rychlej do dzieła. W stosunkowo niedługim czasie wszyscy mieszkańcy ulegli szałowi modlitwy. Druga poranna modlitwa niedzielna, trwająca zaledwie małe pół godzinki, a poświęcona błaganiu o dobro całego świata, dalej o dobro narodu, a wreszcie o dobro własnego ogniska domowego, trwała teraz półtorej godziny i mieściła w sobie jeszcze żarliwe modły o dobro wszelkich możliwych narodów na obu półkulach. Wszyscy byli tym zachwyceni, tak jak i rozszerzeniem dotychczasowego trzygodzinnego kazania do sześciu godzin. Ludek zebrał się, aby gorąco podziękować swemu nowemu przywódcy. Stare prawo, zabraniające gotowania w dzień świąteczny, zostało poprawione o tyle, że zabroniono także i jedzenia. W końcu postanowiono naukę niedzielną odbywać również i w dni powszednie. Radość ogółu wobec tych wszystkich reform nie miała końca. W niedługim czasie nowy przywódca stał się bożyszczem narodowym.
Teraz wydało się temu człowiekowi, że nadeszła odpowiednia chwila do uczynienia nowego kroku naprzód. Zrazu bardzo ostrożnie zaczął podburzać opinię publiczną przeciw Anglii. Biorąc na bok co znamienitszych obywateli, jednego po drugim, omawiał z nimi rzecz w cztery oczy. Wkrótce począł występować głośniej i śmielej, dowodząc, że naród ma obowiązek względem samego siebie, względem swego honoru i swych wielkich tradycji, aby dźwignąć się w całej swej potędze i zerwać uciskające go angielskie jarzmo.

Prości wyspiarze odpowiadali:
– Nie czujemy żadnego ucisku... I co tu właściwie ma cisnąć?... Anglia przysyła co trzy, cztery lata okręt z mydłem, odzieżą i innymi rzeczami, które są nam potrzebne, ale nie gnębi nas wcale...
– Nie gnębi was wcale? Otóż tak zawsze czuje i mówi niewolnik!... Słowa te są najlepszym świadectwem, jak nisko upadliście, jak głęboko ugrzęźliście w waszym poniżeniu, jak upodobniliście się do zwierząt w poniewierce długoletniej tyranii. Jak to?... Czyżby zamarła do szczętu w waszych piersiach mężna dusza?... Czy wolność jest dla was niczym?... Czy rzeczywiście wystarcza wam być tylko przyczepką obcego imperium, gdy macie możność zajęcia należnego wam poczesnego miejsca w rzędzie wielkiej rodziny państw niepodległych?... Wielcy, wolni, oświeceni, niepodlegli – oto do czego powinniście dążyć!

Przemówienia tego rodzaju poczęły stopniowo wywierać skutek. Obywatele poczęli z wolna coraz dotkliwiej odczuwać ciężar angielskiego jarzma. Zaczęli naprzód szemrać, potem jęczeć, wreszcie burzyć się, tęskniąc coraz bardziej do jutrzenki oswobodzenia. Znienawidzili flagę angielską, symbol swego narodowego poniżenia, odwracali od niej oczy przechodząc koło ratusza i zgrzytali przy tym zębami. Pewnego ranka znaleziono ją nawet w błocie obok masztu. I stało się to, co prędzej czy później stać się musiało: kilku najwybitniejszych obywateli zwróciło się do przywódcy wyspiarskiego społeczeństwa z oświadczeniem:

– Nie potrafimy znosić dłużej tej straszliwej tyranii; powiedz nam, jak się od niej uwolnić? – Przez zamach stanu.
– Jak?
– Przez zamach stanu!... To znaczy wszyscy przygotują się według moich wskazówek, ja zaś jako prawnie wybrana głowa narodu ogłoszę w odpowiedniej chwili jego niezawisłość i uwolnię go od obowiązku dotrzymania przysięgi wierności złożonej jakiemukolwiek obcemu mocarstwu.
– Wydaje się to dość proste i nie takie znów trudne do przeprowadzenia. Czemuż nie mielibyśmy tego zrobić? Ale co dalej?
– Potem przedsięweźmie się wszelkie środki ostrożności. Po proklamacji praw wojennych wprowadzi się w armii i marynarce stan wojenny i ogłosi niezawisłe cesarstwo.
Śmiały ten program spodobał się naiwnym wyspiarzom. Rzekli więc:
– To wielkie! To wspaniałe! Ale czy Anglia nie zechce się sprzeciwić? – Niech tylko spróbuje!... Te skały to istny Gibraltar!
– Prawda! Tylko że to cesarstwo... Jesteśmy tak mali i ubodzy, że nie potrzeba nam ani cesarza, ani cesarstwa...
– Mylicie się, moi kochani! Spójrzcie na Niemcy, na Włochy! Potrzeba nam stałej armii i marynarki. Oczywiście, ustanowi się podatki. Wszystkie te rzeczy razem wzięte składają się
w     rezultacie na wielkość. Jedność i wielkość – czegóż wam więcej potrzeba? Zaprawdę! Jedynie cesarstwo może zapewnić wam te zdobycze...
Tak tedy dnia 8 grudnia wyspa Pitcairn proklamowana została jako wolne i niezawisłe państwo. Tegoż dnia odbyła się wśród wielkiej radości całego narodu i uroczystych obchodów koronacja Butterwortha I jako cesarza wyspy Pitcairn. Cały naród – z wyjątkiem czternastu osób, przeważnie małych dzieci – przedefilował ze sztandarami i muzyką, gęsiego, przed tronem swego pana i władcy, rozwinąwszy się w pochód długości dobrych dziewięćdziesięciu stóp. Czegoś podobnego nie pamiętano dotychczas w dziejach wyspy. Entuzjazm nie miał granic.

Teraz wszakże poczęły sypać się jedna za drugą cesarskie reformy. Stworzono szlachtę. Mianowano ministra marynarki, a łódź rybacka, skonfiskowana byłemu namiestnikowi angielskiej tyranii, awansowała na mocy odręcznego pisma jego cesarskiej mości na statek liniowy. Nastąpiła nominacja ministra wojny, któremu poruczono zorganizowanie stałej armii. Z kolei minister skarbu otrzymał rozkaz przygotowania projektu podatkowego oraz nawiązania pertraktacji z obcymi mocarstwami; rokowania miały na celu unormowanie stosunków handlowych oraz zawarcie odnośnych układów. W ślad za tym poszły nominacje generałów, admirałów, szambelanów, marszałków dworu i innych dygnitarzy.
Nominacje te wyczerpały jednak wkrótce cały materiał ludzki, jaki był do rozporządzenia na wyspie. Wielki książę de Galilei, minister wojny, żalił się, że wszyscy dorośli mężczyźni w państwie zostali oficerami sztabowymi, wskutek czego nie ma absolutnie kim zapełnić szeregów i nie można postawić armii pod bronią. Podobne skargi dały się również słyszeć z ust markiza de Ararat, ministra marynarki, który oświadczył, że gotów jest podjąć się ostatecznie sterowania państwowym okrętem, byle jednak miał do pomocy przynajmniej dwóch majtków przy wiosłach.

Cesarz uczynił to, co było w tych warunkach do zrobienia, i zabrawszy matkom wszystkich chłopców powyżej lat dziesięciu, wcielił ich w szeregi armii. Utworzył się korpus złożony z siedemnastu ludzi pod dowództwem jednego, generała-porucznika i dwóch generałów-majorów.

Spodobało się to naturalnie bardzo ministrowi wojny, który ujrzał się naraz w posiadaniu poważnej siły zbrojnej, usposobiło natomiast wrogo wszystkie matki w cesarstwie. Poczęły one wykrzykiwać, że jeśli najdrożsi ich sercu polegną kiedykolwiek w krwawych zapasach morderczej wojny, to nikt inny, tylko on, Butterworth I, będzie za to odpowiedzialny. Niektóre, bardziej rozżalone niewiasty poczęły czatować na władcę i mimo czujności przybocznej gwardii cesarskiej obrzuciły zgniłymi figami koronowaną głowę pomazańca.
Z powodu szczupłości materiału ludzkiego stało się rzeczą niezbędną żądanie, aby generalny dyrektor poczty, książę de Bethany, objął dodatkowo służbę przy wiośle obok jednego z urzędników nieco niższej rangi, nadsędziego wicehrabiego Canaan. Zatruło to wszakże jadem niezadowolenia serce księcia de Bethany, czyniąc zeń skrytego konspiratora – skutek, który cesarz przewidział, któremu wszakże nie był w stanie zapobiec.
Wkrótce potem wewnętrzne sprawy cesarstwa wzięły jeszcze gorszy obrót. Pewnego dnia cesarz podniósł niejaką Nancy Peters do stanu szlacheckiego i nazajutrz ożenił się z nią, pomimo iż gabinet zalecał mu ze względów dynastycznych małżeństwo z Ermeliną, najstarszą bratanicą prymasa de Bethleem. Wypadek ten pociągnął za sobą niezadowolenie potężnej partii klerykalnej. Nowa cesarzowa pozyskała sobie wprawdzie przychylność i poparcie dwóch trzecich z trzydziestu sześciu dorosłych białogłów, zamianowawszy je damami dworu. Ale za jednym zamachem porobiła sobie śmiertelne nieprzyjaciółki z pozostałych dwunastu. Rodziny dam dworu poczęły się niebawem również burzyć, żadna z nich bowiem od czasu nominacji nie chciała pilnować gospodarstwa. Dwanaście pokrzywdzonych obywatelek z oburzeniem odrzuciło poczynioną im propozycję zajęcia się kuchnią dworską, tak że cesarzowa zmuszona była zażądać od hrabiny Jerycho i innych wysoko urodzonych dam dworu, aby nosiły wodę, zamiatały i spełniały inne roboty domowe, co również napsuło niemało krwi.
Wszyscy poczęli jednogłośnie uskarżać się na podatki nałożone dla pokrycia kosztów utrzymania armii, marynarki i innych urządzeń cesarskich; mówiono, że są one ciężarem nie do zniesienia i że naród zejdzie przez nie w niedługim czasie na dziady. Odpowiedź cesarza brzmiała: „Spójrzcie na Niemców, na Włochów!... Czy wyście od nich lepsi?... Czy za to nie macie niezawisłości?...” Odpowiedź ta nie zadowoliła jednak nikogo.
Odpowiadali:
– Niezawisłością trudno się pożywić, my zaś zaczynamy przymierać głodem. Pola leżą odłogiem. Wszystko, co żyje, służy w wojsku albo w marynarce, piastuje różne urzędy, paraduje w uniformach, nic w gruncie rzeczy nie robiąc, ale też nie mając co jeść, bo i jakże, skoro nikt nie uprawia ziemi!
– Spójrzcie na Niemcy, na Italię!... Znajdziecie tam to samo. Tak to już wygląda i nie ma na to żadnego sposobu. Inaczej nie osiągnie się niezawisłości.
Tak reagował za każdym razem cesarz.
Malkontenci odpowiadali wszakże zawsze jednakowo:
– Nie jesteśmy już w stanie podołać podatkom... To przechodzi nasze siły...
Na dobitek gabinet wystąpił z projektem pożyczki państwowej w wysokości 45 dolarów, po pół dolara na głowę. Słyszał mianowicie, że tego rodzaju środki ratunkowe są w zwyczaju w podobnych wypadkach. Dalej zaprojektował cła przywozowe i wywozowe, a w końcu emitowanie państwowych obligacji kredytowych i banknotów płatnych w ciągu lat pięćdziesięciu w figach i kapuście głowiastej. Rząd był zdania, że armii, marynarce i w ogóle całej machinie państwowej zagraża krach i jeżeli nie przedsięweźmie się zaraz czegoś celem zaradzenia złu, bankructwo a w następstwie rewolucja staną się nieuniknione. Cesarz postanowił tedy użyć środków, jakich dotychczas jeszcze nigdy nie stosowano na wyspie Pitcairn. W cesarskich szatach, na czele armii, udał się w niedzielę rano do kościoła i kazał ministrowi skarbu urządzić na poczekaniu kwestę.

Stało się to ową przysłowiową kroplą, która przepełnia czarę goryczy. Najpierw podniósł się jeden z obywateli, zaraz po nim drugi i jak najostrzej zaprotestowali przeciw temu jawnemu rabunkowi. Bezpośrednim wszakże następstwem odmowy jednego i drugiego była natychmiastowa konfiskata ich majątków. Surowość ta przejęła takim strachem resztę niezadowolonych, że kwesta potoczyła się dalej wśród ponurej i złowieszczej ciszy. Oddalając się na czele swych wojsk cesarz zawołał do poddanych:
– Ja wam pokażę, kto tu panem! Kilka osób odpowiedziało okrzykiem: – Precz z niezawisłością!
Niezwłocznie uwięziono krzyczących i wśród płaczu rodzin i przyjaciół uprowadzono ich pod strażą.
Tejże nocy ogólne oburzenie doprowadziło do wybuchu. Naród podniósł się jak jeden mąż, pomimo że czterdziestu siedmiu rewolucjonistów zaliczało się do płci żeńskiej. Piechota rzuciła o ziemię widły od siana, artyleria cisnęła precz kokosowe orzechy wszelkich kalibrów, marynarka również podniosła bunt, po czym pojmano cesarza w jego pałacu, związawszy mu ręce i nogi.
Rzekł tedy:
– Wyzwoliłem was z ucisku tyranii, dźwignąłem was z poniżenia i uczyniłem narodem między narodami. Dałem wam silny i pewny rząd centralny, obdarzyłem was największym z dóbr tego świata – niezawisłością! Oto co dla was uczyniłem – w nagrodę zaś za to spotyka mnie z waszej strony najczarniejsza w świecie niewdzięczność i nienawiść, urąganie i te hańbiące pęta!... Zróbcie ze mną, co wam się podoba. Zdejmę chętnie z moich barków to zaiste nazbyt ciężkie brzemię. Dla was wziąłem je na siebie – dla was je składam. Niech zgaśnie imperatorski blask mego panowania dla dobra narodu, skoro ład, będący moim dziełem, a przez was obrócony wniwecz, leży oto u waszych nóg zdeptany i opluty, jak sami tego chcieliście.
Naród skazał jednogłośnie cesarza na dożywotnie wykluczenie z gminy kościelnej lub na dożywotnie ciężkie roboty (praca galernika na łodzi rybackiej) – pozostawiając wybór jemu samemu.
Następnego dnia naród zgromadził się ponownie, zawiesił na żerdzi flagę angielską, zredukował stan szlachecki do jego pierwotnej liczby, po czym skupił całą swoją uwagę na zaniedbanych i spustoszonych polach, na wskrzeszeniu starych, pożytecznych rzemiosł i starej, nieprzesadzonej nabożności. Eks-cesarz zwrócił zaginiony rękopis ustawy przyznając się, że zginął on za jego sprawą w interesie jego rozległych planów politycznych. Dawny naczelnik narodu odzyskał swoją godność i skonfiskowany majątek.

Po dojrzałym namyśle eks-cesarz wybrał dożywotnie wykluczenie z gminy kościelnej, rezygnując z ciężkich robót na galerach, „połączonych z dopuszczeniem do służby bożej”, jak głosił wyrok. Ludek wnosząc z tego, że skazany stracił rozum, postanowił wziąć go pod klucz, co się też stało.
Tak przedstawiają się dzieje wyspy Pitcairn oraz jej „wątpliwej zdobyczy” – jego cesarskiej mości Butterwortha I.

niedziela, 06 lutego 2011, nelsonek

Polecane wpisy

  • Program PO

    Jednym z punktów programu wyborczego Platformy tak zwanej Obywatelskiej jest obniżka VAT do 22%. Ci sami ludzie, którzy podnieśli na chwilę jeden z podatków ter

  • Złote myśli

    W Szkiełku Kontaktowym (czy jak się ten program nazywa) prowadzący błysnął złotą myślą: "UE jest doibra ponieważ zakończyła konflikt niemiecko-francuski rozpocz

  • Fuszerka urzędników

    Mieszkańcy pewnej wsi protestują przeciwko źle wybudowanej drodze. Podobno po deszczu woda z S-69 wylewa im się na działki i tam zalega. Odpowiedź dyrekcji jest

TrackBack
TrackBack URL wpisu: